Oto druga część trylogii Qatsi. Zanim jednak przejdę do wymiany uwag, wyjaśnię znaczenie tytułu. A więc Powaqqatsi w języku Indian Hopi oznacza istotę, która by podążać dalej pochłania życiowe siły innych. Co kolwiek miałoby to znaczyć, film w przyspieszony sposób odwraca nas od zachodniej cywilizacji na rzecz wschodu i południa. Bowiem Powaqqatsi to staranne obrazy pokazujące rozwój cywilizacji w Afryce, Ameryce Południowej i Azji.
Pierwsza część filmu to nieskażone, dzikie tereny gdzie człowiek żyje zgodnie z zasadami natury. Zauważamy nasze pierwotne strony. Choć praca fizyczna dominuje w codziennym życiu, widać na twarzy skrytą satysfakcję. To nie wybór człowieka, a przeznaczenie umieściło tam te istoty. Każdy kadr, mam wrażenie, był przypadkowy. To co reżyserowi wydawało się przejmujące lub piękne zostało przeniesione na taśmę… ale także to co boli i dla nas wydaje się okrutne, ciężkie i brudne. Dla tych ludzi to normalna rzecz. My, pławiący się w luksusie obserwujemy ich poczynania. Druga część to podobnie jak w Koyaanisqatsi, wejście w cywilizacyjny wir. Pomimo słabo rozwiniętych prowincji, miasta azjatyckie i latynoamerykańskie rozwijają się w zastraszającym tępie. Obok dorożek, zwierząt domowych, kurzu i slumsów, wyrastają ogromne wieżowce, powstają kilometry asfaltowych dróg. Krajobraz zmienia się na zawsze. Lecz czy człowiek potrafi rówież tak szybko się zmienić?
Nie mogę zaprzeczyć, że obraz jest monotonny. Pomimo kolorowych i pięknych obrazów, całość jest nieskrupulatnie przetasowana. Widać, że reżyser nie wiedział czego się spodziewać. Przerostu formy nad treścią czy też odwrotnie. Pomimo odważnej pierwszej części trylogi (zwłaszcza jeśli chodzi o montaż) to w Powaqqatsi, Reggio bał się panować nad taśmą. Teraz wyszła z tego jednostajna i konwencjonalna treść. Jak większość dokumentów. Jednak inne dokumenty nie maja tak hipnotyzującego podkładu. Soundtrack jako taki jest dobry, ale paradoksalnie nie pasujący do obrazu. Aby zachować, kontynuować magię Koyaanisqatsi, należałoby stworzyć coś podobnego. Stymulującego. Nie ograniczonego. Tu ścieżka to zmieszanie gatunków. Minimalizmu, folku, elektroniki etc. Usłyszysz tu zarówno powtarzające się rytmy, przenosząc Cię w trans, ale i muzyka i odgłosy afrykańskich plemion. Pomimo tego klimat zostaje zachowany.
Film jest niesamowicie ludzki. Co chwila zetkniemy się z czyjąś twarzą. Ciężkim butem wejdziemy do życia Hindusa myjącego się w Gangesie czy będziemy obserwować biegnącego murzynka w afrykańskiej wiosce. Zostajemy wyciszeni przez spokojne i opanowane sceny. Pomimo monotonii, widzimy spójne obrazy, w których człowiek bez winy stawia kolejne kroki w drodze do cywilizacji. Jednak czyimś kosztem wyrastają molochy i instalacje. Małe kultury przestają istnieć. Ekspresji dodają naturalne, niczym nie wymuszone odruchy ludzi. Możemy wreszcie się wczuć w tą osobę, która niesie kosz na głowie, która sprzedaje na targu. Jesteśmy uświadomieni, że tam na drugim końcu świata istnieje druga para rąk. Nie zawsze czysta, nie zawsze otwarta; ale taka sama i należąca do świata. Wszyscy jesteśmy tacy sami.
Powołałem te triduum nie bez powodu. W chwilach gdy ciśnienie wzrasta w mojej głowie, potrzebowałem wyciszenia i spokoju. Nie traktowałem tego filmu z wyjątkową surowością. Jasne i kontrastujące barwy pozwoliły na emisję endorfin w moim ciele, co w połączeniu z kwitnącą wiosną czyni mnie radosnym. A to co radosne, kojarzy nam się z Świętami Wielkanocnymi. To one uświadamiają nas jacy powinniśmy być szczęśliwi. Trylogia Qatsi to wielka kontemplacja. A zarazem zastanowienie się nad swoim życiem i zadaniem sobie pytania, jakie ono jest? Oczywiście istnieje wiele innych filmów – moralitetów. I może się wynudziłem na Powaqqatsi, ale zarazem zrelaksowałem. Polecam każdemu. Nie spodziewajcie się wielkich cudów. Film w swojej kategorii raczej przeciętny, ale starannie wykonany. Nie patrzmy tylko na siebie (jako zachód), ale na cywilizacje oddalone od nas bliżej niż sobie to wyobrażamy.
Marakesh
