Wyciszenie, relaks, kontemplacja. Te słowa przychodzą po obejrzeniu pierwszej części trylogii Qatsi: Koyaanisqatsi. Bez wątpienia mamy do czynienia z pierwszą tego typu produkcją, na tak wielką skalę. Produkcja mówiąca o zagrożeniach na jakie jesteśmy narażeni. Ale to nie jest dydaktyczna bajeczka a’la Al Gore. Tutaj liczą się emocje i siła przekazu. To nie jest film dla pierwszego lepszego gimnazjalisty. Przełknąć tak wielką pigułę nie jest łatwo, tym bardziej, że forma w każdej sekundzie dorównuje treści. Zdjęcia jak na ówczesne czasy zapierają dech w piersiach. Tutaj obraz jest jednolitą całością obejmującą nas i porywającą w środek tragedii, ludzkiego cierpienia i choroby. Nasze bezpieczeństwo zostaje odebrane.
ko.yaa.nis.katsi – w języku Indian Hopi oznacza ‘zwariowane życie’, życie poza równowagą. Spojrzenie z dystansu na naszą cywilizację. I taki ten film jest. Ujęcia to dystansowe odległości od naszego życia. Kompletne zachwianie naszą tradycją. Film składa się zasadniczo z dwóch części. Pierwsza to pokazanie pięknego, nienaruszonego środowiska. Zdjęcia kanionów, bezkresnych stepów i rzek to niesamowicie realistyczna podróż. Pomiędzy tymi kadrami, widzimy przyspieszone chmury. Efekt bardzo podniecający. Aż prosi się, żeby na taką chmurę usiąść. Później następuje płynne przejście w drugą część filmu, gdzie człowiek degraduje przyrodę wydobywając złoża i elektryfikując co się da. Zarówno powietrze, gleba i woda nie zaznają spokoju. Żeby było tego mało, to co człowiek tworzy w łatwy sposób niszczy. Czego przykładem może być przedstawione w filmie osiedle mieszkalne “Pruit Igoe” w St. Louis. Blokowisko wybudowane w latach 50-tych zostało szybko wyburzone już w latach 70-tych z powodu wysokiej przestępczości i braku chętnych do zamieszkania. Gdyby Polacy w ówczesnej komunie to zobaczyli, daję głowę, że włosy by im dęba stanęły. Takie są skutki kapitalizmu i marnotrawstwa. Kolejno zostajemy przeniesieni do centrum ogromnego miasta, gdzie nawet w nocy ruch nie jest mniejszy. Tam taśma zostaje przyśpieszona. Wszystko wiruje i kręci się z niebywałą prędkością. Samochody niczym serpentyny wiją się po betonowych szlakach. A ludzie bez celu depczą w poszukiwaniu bogactwa. Widzimy fabryki, supermarkety, dyskoteki, bary, dworce, kawiarnie. A wszystko to skąpane hipnotyzującą nutą z powtarzającym się chórem. Neony, światła, błyski. Tempo, ruch i gwar. Szybkość, prędkość, przyspieszenie. Nagle wszystko zatrzymane. Staje w miejscu. Tu następuje przepowiednia. Bieda, ból i samotność. Zostają nam pokazane obrazy płaczu i rozpaczy. Widzimy ludzi obojętnych i nadętych. Rozkładającą się masę. Koniec filmu to katastrofalny start wahadłowca, który po paru sekundach od startu, wybucha; a jego fragmenty w majestatyczny sposób spadają na ziemię. Czyżby aluzja do naszej rzeczywistości? Metafora.
W pierwszym momencie miałem duże problemy z zakwalifikowaniem tego filmu pod jakikolwiek gatunek. Owszem jest to dokument, ale bardzo inny. Nie pada tam żadne słowo, oprócz tytułowego Koyaanisqatsi. Zastałem siebie w strasznym nieładzie. Wiele razy podczas filmu otwierałem oczy ze zdziwienia. Raz, po raz zadawałem sobie pytania o nasz byt. Połączenie magicznego obrazu z repetycyjną muzyką Glassa wprowadza w wysoki stan emocjonalny. Film jakby był requiem naszego życia. Jest dużym ostrzeżeniem. Vademecum naszego postępowania i degradacji. W żaden sposób nie narzuca się. Nie jest nudny, jakby się miało wydawać. Bardzo lubię obserwować ludzi. Ogladać ich reakcje i gesty. Podziwiać różnorodność człowieczego zachowania. Tutaj każda twarz jest dokladnie wyostrzona. W spowolnionym tempie zauważamy strukturę tempa w jakim ludzie żyją. Nie zdają sobie sprawy z płynącego czasu. Wtedy sobie myślimy, że jesteśmy jedną rasą. To my, ludzie, zgotowaliśmy sobie taki los. Po przez niekontrolowany rozwój technologii nie patrzymy na drugiego człowieka. Dlatego Koyaanisqatsi to gruba kreska podsumowująca nasze dokonania. A były to dopiero lata 80-te.
Na osobny referat zasługuje muzyka tej produkcji. Jest ona niebywała. O ile w dokumentach muzyki praktycznie brak, lub jest ona niezauważalna, tutaj oddaje ona dramatyzm sytuacji. Każdy obraz ma swojego odpowiednika w muzyce. Nie wyobrażam sobie obrazu bez muzyki. A słuchając soundtracku co chwila przed oczami przelatują mi kadry z Koyaanisqatsi. Charakterystyczny początek i koniec, w którym jak mantra powtarza się grubym i tubalnym głosem ‘Koyaanisqatsi’, świadczy o powadze i interpretacji tego słowa z języka Hopi. Masterpiece.
Trylogia Reggio to naprawdę wielkie dzieło. Jednak to Koyaanisqatsi pozostanie tym najlepszym. Szkoda, że tak mało propagowany. Ten film ma duszę. On śpiewa, a wręcz lamentuje. Budzi nas z letargu w jakim jesteśmy utrzymywani od II Wojny Światowej. Wstając po filmie do oklasków, bijemy sobie brawa, za to co zostało zniszczone. Bijemy się w twarz stając nad wykopanym dołem, gdzie trumna powoli opada. My razem z nią.
Ocena:
Marakesh
Galeria:










2 Comments
Jak oglądałem to mi się średnio podobało, ale od tego czasu po drodze obejrzałem parę gniotów (Home, Baraka) , które na Koyaanisquatsi bezczelnie żerowały, więc teraz już musi w końcu nadejść ten czas żebym sobie ten film potworzył i na chłodno ocenił:P
Ale muzyka genialna.
pozdr.
Obejrzyj sobie jeszcze raz, szczerze polecam. To jest film fenomenalny w swej strukturze. Być może przestraszyłeś się tych montażowych błyskotek, ale dla mnie to przede wszystkim sztuka. Masz rację, Reggio na niczym nie żerował, bo sam był protoplastą. Zaś mierne popłuczyny i starania innych to już nabijanie kasy i utrzymywanie się na tzw. garnuszku proekologicznym. Jest moda na ekologię? To czemu by nie zarobić. I tak w kółko. Tu taj Reggio się nikomu nie narzuca. Jak juz wspomniałem dystansuje się od świata i g go obchodzi co ludzie o tym pomyślą. Zrobił i przekazał to co miał zrobić.
Pozdrawiam,